Weekend spod znaku psa


Weekend był pod znakiem psa. Czyli najlepszy z możliwych.
W sobotę odwiedziliśmy Hilde Bertels, panią dwóch hovków, zajmującą się tropieniem użytkowym w okolicy Antwerpii. Celem była obserwacja Moyrackiego zachowania po to, by pomóc jej całkowicie dojść do siebie i wstępna ocena jej zachowania pod kątem użyteczności jako psa tropiącego.

To ostatnie chciałam robić już w Polsce, z resztą zaczęliśmy z Moyrakiem bawić się w tropienie jszcze za czasów zakrzówkowych. O ile jednak znalezienie pana, który gdzieś poszedł i „zapewne się zgubił i musze go uratować” to jedno, to profesjonalne szukanie zagubionego dziecka to zupełnie inna sprawa. Nasz polski trener namawiał nas na tropienie sportowe, ale ja zawsze chciałam mieć pożytek z umiejętności. Zawody dla nagród i zachwytów to nie mój świat. Odszukanie człowieka, który nie może sam wrócić do domu to inna sprawa.

Wizyta u Hilde wypadła pomyślnie. Może aż za, bo z pół godziny zrobiły się prawie dwie. Moglibyśmy tak siedzieć i rozmawiać pewnie z tydzień. Tak czy inaczej zachowanie naszego „Małego Terrora” było na tyle poprawne, że Hilde jeszcze tego samego dnia zadzwoniła do organizatorów i zaprosiła nas na treninig. Wieczorem przysłała potwierdzenie i podała lokalizację. Tym razem zaledwie 30 min jazdy - pod Charleroi.

Cała grupa pracuje pod czujnym okiem instruktora, Rogera, który decyduje kiedy pies jest gotowy by zdać kolejny egazmin czy być włączonym w grupę psów gotowych do akcji. (śą trzy poziomy egzaminów). System szkolenia jest taki sam jak we Francji, Holandii, Szwajcarii i USA (Nie wiem jak jest gdzie indziej).  Z Francuzami, Holendrami i Szwajcarami wymiana doświadczeń jest z resztą bliższa. Raz w roku jest trzydniowy wyjazd (w tym roku już był), a standardowo szkolenia są co dwa tygodnie, w różnych częściach Belgii. Raz jest to sobota, raz niedziela.
Przyjechalismy na miejsce pięć minut przed czasem, na umówionym parkingu był już ktoś w czerwonej kamizelce "Mantrailing Benelux". Chwilę później dojechała Hilde i zaczęło się przedstawianie i całowanie. (Na północy są aż trzy buziaki, u nas wystarczy jeden raz.)
A później zaczęła się praca. Na początek Stefaan – założyciel i główny szef grupy – zaprosił mnie na tropienie w wykonaniu Mayi, jego bloodhoundki. Maya jest świetna. Potrafi pójść śladem po miesiącu! (Jak tłumaczył Stefaan, po tak długim czasie potrafi pójść również równoległą ulicą, ale to nie jest problem skoro znajduje poszukiwanego.)
I fantastycznie sygnalizuje co robi, kiedy gubi trop, kiedy się waha. Stefaan wszystko mi tłumaczył. Zwracał uwagę na wiatr, na układ ulic, budynków. W końcu Maya znalazła poszukiwaną. 

Następny tropienie miał obserwować Joshua. Niestety szedł z osobą nie mówiącą po angielsku i nie udało mu się wiele dowiedzieć. Za to zrobil fotki. Tropia moda hovawartka. Właściwie w grupie sa bloodhoundy i hovki (trzy czarne-podpalane dziewczyny, przy czym jedna już praktycznie emerytka) a do tego... pudel. 
  


 
W końcu przyszła pora na nas. Najpierw Moyra miała znaleźć pana. Na Zakrzówku, puszczona ze smyczy radziła sobie raz dwa. Ze mną na drugim końcu sznurka było jej trudniej. No i próbowała ciągnąć jak wściekła, bo ślad byl świeży, a na jego drugim końcu ukochany pan. Ledwo ją mogłam utrzymać, ale piesa doskonale wiedziała co robi i gdzie idzie. Później był lunch, chwila na pogaduchy.
Stefaan powiedział, że należy do klubu motocyklowego, na co Joshua od razu zapytał na jakim motocyklu jeździ. Ależ był ubaw, kiedy okazało się że na Ducati! W czasie lunchu nasza "Petite Terreur" musiała na chwilę opuścić samochód. Inne psy potrafią się w auce zrelaksować, Moyrak tylko kombinował jak wyjść, aż obtarła sobie nos wystawiając go przez uchylone okno. Pewnie trochę w tym naszej „winy”, bo nigdy nie zostawialiśmy jej samej w aucie na dłużej. Zwyczajnie nie było potrzeby. Musi się tego nauczyć.
Po przerwie była jeszcze jedna, ostatnia próba dla Moyraka. Tym razem miała znaleźć obca osobę. Jak jej to powiedzieć? Skąd będzie wiedziała czego szukać? 

No jakto jak? Przecież zna zapachy, wie gdzie każdy z nich biegnie. Woreczek z czymś pachnącym jak poszukiwana pod nos i idziemy. 
Roger był absolutnie pewien, ja nie wiedziałam jakim cudem ma się to udać. Ale się udało! Oczywiście kawałek ręcznika z woreczka Moyrak potraktował jak zabawkę i wziął w pysk, ale zrozumieć co ma zrobić również zrozumiała. Ostatecznie poszła z drobnymi zawahaniami, dwa razy rozproszyli ja ludzie, ale i tak podjęła trop i na koniec jak po sznurku, podeszła do właściwej osoby. Musieliśmy jeszcze kazać jej usiąść - tak będzie sygnalizować odnalezienie -  ale zaraz później było chwalenie i pyszna pucha w nagrodę. Naprwdę jestem pełna podziwu dla mojego psa. Byłam pewna, że będzie trzeba wprowadzających ćwiczeń, nauczenia jej o co chodzi z tym woreczkiem i co ma z własnie wywąchanym zapachem zrobić, a tu po prostu niuch niuch i już. Od razu wiedziała, czego od niej chcemy!

Póki co wychodzi na to, że piesa wie co robić, ale ja nie rozumiem co mi pokazuje. O ile Maya trzyma ogon w górę (ptosto jak kawałek kija) kiedy pewnie idzie za tropem, a opuszcza, kiedy gubi pewność, o tyle Moyracki ogon zachowuje się subtelniej.
Obie dziewczyny należą do ras „ostrożnych”, więc nawet mając pojęcie gdzie prowadzi trop, obchodzą teren, spradzając czy aby się nie pomyliły. I znów, Maya wszystko pokaże ogonem (i głową), a u Moyry wyłapuję jedynie pierwsza ocenę, a później sie gubię. Podobno to normalne na początku. Ale i tak frustrujące jest, że to ja popełniam więcej błędów.


Musimy zmienić smycz, bo nasza pali ręce kiedy Moyrak ciagnie, poza tym Roger kazał mi wybrać odpowiednie komendy, takie, których będę używac tylko do pracy i nigdzie indziej i których Moyra nie usłyszy przez przypadek od kogoś innego i które będą odpowiednio brzmiały. Coś się znajdzie, trzeba tylko wybrać język: Maya mieszkająca we Flandrii, do tropienia jest szkolona po francusku. Moyra i tak wszystkie bardziej znaawansowane komendy zna po norwesku. Ale ciężko mi wybrać nowe, dźwięcznie brzmiące słowa. Wszystko wskazuje na to, że tropić będziemy po niderlandzku. Bo i czemu nie? 

Do domu wrócilismy solidnie zmęczeni.
Dziś Stefaan przysłał maila z oficjalnym przyjęciem nas jako kandydatek do grupy. Mamy trzy miesiące na naukę zanim przzyjdzie czas na ocenę przydatności i decyzję co dalej.
Mam wielka nadzieję, że będziemy mogli kontynuowac naukę.


Na koniec, jeśli ktoś chce zobaczyć – nagranie Mayi.
Nie przyszło nam do głowy, żeby nagrac Moyraka. Szkoda. Może następnym razem.
Maya

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I po kursie...

W końcu gdzieś się ruszyliśmy

Z pamiętnika bezrobotnej.