Posty

Święta?

Obraz
No i mamy święta.  Od kilku dni wypisywałam kartki z życzeniami dla sąsiadów. Ci spod 195 chyba zawsze wrzucają życzenia świąteczne do kilku skrzynek pod sąsiednimi domami, bo już drugi raz od nich dostaliśmy. Zwyczaj w sumie całkiem fajny, więc ja też wrzuciłam kartkę im, a na dokładkę tym spod 205, którzy podlewali nam drzewka jak byliśmy w Polsce we wrześniu i tym spod 196, którzy latem nam się przedstawili i zapowiedzieli, że gdybyśmy czegoś potrzebowali, to żeby do nich przyjść. Dziś wyjęliśmy dwie kolejne  naszej skrzynki. Od tych bardzo miłych sąsiadów z 205 i ze 194, których w ogóle nie kojarzę.   Wczoraj naszli nas też Amerykanie z winem i świątecznymi życzeniami (i obowiązkowo z karteczką). Mieszkają na równoległej ulicy, ale że my z psami chodzimy po całej okolicy to i zdarzyło nam się pogadać. Amerykanie wprowadzili się do Sterrebeek cztery miesiące temu i czuli się strasznie samotni. Rozumiem, że przywykli do czegoś innego. Sterrebeek to jednak jest zadupie. ...

VDAB: dział dla osób przekwalifikowanych

Obraz
Mój kontrakt na VUB się skończył. Od dobrych 3 miesięcy szuka pracy ale - jak to w Belgii - ogłoszeń z czymś dla mnie nie ma. Po zakończeniu pracy obowiązkowo należy zarejestrować się w VDAB, czyli  Vlaamse Dienst voor Arbeidsbemiddeling en Beroepsopleiding. Jest  to coś w rodzaju biura pośrednictwa pracy, przy czym VDAB nie zajmuje się zasiłkami (tym zajmuje się Hulpkas voor werkloosheidsuitkeringen ), a jedynie samym szukaniem pracy. Jakkolwiek, żeby dostać zasiłek trzeba być w VDAB zarejestrowanym. VDAB oferuje pomoc z napisaniem CV, kursy doszkalające i oczywiście przedstawia oferty pracy poszukującym. Po założeniu profilu w VDAB dostaje się kilka "zadań" jednym z nich jest przygotowanie CV. Ktoś to chyba sprawdza, bo tym, którzy na zadaniu polegną proponuje się pomoc asystenta. Następnym zadaniem jest zadzwonić do VDAB. No to zadzwoniłam. Odebrała miła pani, która sprawdziła mój profil, zerknęła na podlinkowaną przeze mnie stronę prywatną, po części zdziwiona, ze ją mam...

Trochę fotek

Obraz
 Porobiłam, to wklejam. A co :)  Bliskość lotniska pozwala pooglądać sobie samoloty. Co prawda zdjęcia z komórki jakoś je zawsze pomniejszają, ale i atak fanie widać, jak niemal szorują brzuchami po drzewach schodząc do lądowania. A schodzą tak często, że kiedy jeden jest już nisko, widać już z daleka światła dwóch kolejnych.  Tropieniowe: 2 tygodnie temu pojechaliśmy obczaić nową grupę trzpieniowa.  Grupa tropi raczej sportowo: trasa po śladzie, do kilkuset metrów, pies ma iść z głową przy ziemi i jednoznacznie pokazywać, że pracuje, odłożenie (czyli czas pomiędzy zostawieniam śladu i tropieniem max 4 godziny.  Myy robimy zwykle trasy 1,5 - 2 km, nie musi być dokładnie po śladzie, pozwalamy skracać, jeśli poes wie, co robi, bo w warunkach poszukiwań nie znamy trasy, wiemy tylko to, co mówi nam pies.  A odłożenie? U nas bywa i doba, a da się iść po jeszcze starszym śladzie. Ostatnio było 17h.  Mimo wszystko ćwiczenie z innym instruktoram zawsze daje co...

O tym co ja właściwie robię na VUB

Obraz
W sumie nie sądzę, że kogokolwiek to obchodzi, ale na wszelki wypadek, gdyby jednak tak, napiszę  kilka słów o tym jak się bawię w tej pracy.  Czasy kiedy dostawałam udko z myszy do obrazowania biegnącej tam tętniczki już minęły. Tu, w Belgii mikroskopii używają głównie do pyknięcia jednego czy dwóch obrazków raz a jakiś czas, ale w ani jednym labie nie gra ona pierwszych skrzypiec. To z resztą mocno utrudniło mi znalezienie fajnej pracy. W końcu trafiłam w miejsce, gdzie pół na pół wykorzystywane są rzeczy, które już umiem zrobić i uczę się nowych.   To, co obrazowałam w czasie doktoratu, czyli spajającą komórki i nadającą tkankom wytrzymałość macierz zewnątrzkomórkową, teraz niszczę już na pierwszym etapie eksperymentu, bo interesują mnie tylko i wyłącznie  komórki. W szczególności -  komórki układu odpornościowego. Luzem. Każda osobno, za to tak ze 400.000 na próbkę, 5.600.000 na eksperyment, żeby dostać jakiś istotny statystycznie wynik. Oczywiście nie ogląd...

Goście

Nareszcie doczekaliśmy się odwiedzin. Przyjechał Bartek, jeden z moich dwóch najlepszych kumpli na studiach z żoną - Mają, córką - Igą i synem - Maksem. Spędziliśmy z naszymi gośćmi super 10 dni, psy miały socjalizację a my kogoś fajnego do pogadania. Mamy nadzieję, że goście tez byli zadowoleni. Ale może zacznę od początku. Z wyjazdu wakacyjnego urwaliśmy się ciut przed czasem, bo zaczęłam czuć, że coś mnie dopadło, a wizja przejazdu gdyby rozłożyło mnie na dobre nie była fajna. Dlatego zamiast w niedzielę po śniadaniu, z Białokoszy wyjechaliśmy w sobotę po obiedzie.    Wydawało się, żle dojazd powinien być ok, zaplanowany na 2 w nocy, więc w zasadzie tylko na późny wieczór, ale w drodze obydwoje czuliśmy się źle. Nie chorzy, tylko koszmarnie zmęczeni. Chyba dały znać o sobie wszystkie te dni  treningów i nieregularne spanie. Kiedy poczułam, że zaraz zasnę za kierownicą, zjechałam na parking. Joshua też nie był w formie na dalszą jazdę, więc zrobiliśmy sobie 2 h przerwy ...

Wakacyjne wspomnienia.

Obraz
Obóz nazywał się "Baw się i wypoczywaj z psem". Ale tropienia zaczynały się przeważnie o 6 rano. ;)  Wyjeżdżaliśmy z psami z ośrodka, prędzej czy później ładując się w jakieś piaszczyste drogi. Trasy robiliśmy krótsze niż zwykle ale trudne, a praca instruktora była trochę inna niż ta, do której przywykliśmy. Przejazd na miejsce tropienia. Jedna z lokalizacji tropieniowych Pierwszego dnia psy były oszołomione... lasem. Nic w sumie dziwnego: belgijskie lasy są maciupkie, w większości prywatne i jest w nich znacznie mniej dzikich zwierząt. (O ochronę polskich kopytnych postanowiła zadbać Moyra, która najpierw odpoczywała, wytarzała się, a później wysikała niedaleko ambony myśliwskiej w idealnej linii strzału. Przez chwilę roślinożercy będą pewnie tego miejsca unikać). Tropy wiodły na przełaj pomiędzy niczym szczególnym, z rzadka drogami czy nieużywanymi torami kolejowymi. No, ogólnie nie było jakoś super łatwo. Moyra była w ogóle trochę jakby bez motywacji, a może duża grupa pod...

Vakantie!

Obraz
 Udało się. Ale po kolei.  Na wakacje zaplanowaliśmy sobie obóz "Baw się i pracuj z psem" w Psiej Akademii. Niestety moje eksperymenty nie poszły tak jak myślałam i wciąż jestem w ich trakcie, a obecność myszy z nowotworami w klatkach, kiedy te nowotwory trzeba później zbadać, trochę koliduje z planami wakacyjnymi. Josh miał wyjechać w czwartek, a ja, jeśli dam radę, miałam dojechać pociągiem do Poznania z Moyrakiem. Szczerze mówiąc nie wyglądało jakbym miała dać radę, byłam przekonana, ze eksperymenty pociągną się do przynajmniej 2/3 obozu, ale po konsultacjach (wcale nie nastawionych na jak najwcześniejsze zakończenie), postanowiłam przeprocesować wszystkie guzy tego samego dnia, a nie po jednym, w miarę wzrostu, jak ostatnio. Co prawda rozrzut wielkości był spory, jeden guz prawie w ogóle nie chciał rosnąć, miał zaledwie 350 mm3, ale inna mysz była już na granicy dopuszczalnej objętości (1500 mm3), a kolejnych 5 bardzo blisko. Po przekroczeniu maksymalnego rozmiaru trzeba ...