Posty

Trochę fotek

Obraz
 Porobiłam, to wklejam. A co :)  Bliskość lotniska pozwala pooglądać sobie samoloty. Co prawda zdjęcia z komórki jakoś je zawsze pomniejszają, ale i atak fanie widać, jak niemal szorują brzuchami po drzewach schodząc do lądowania. A schodzą tak często, że kiedy jeden jest już nisko, widać już z daleka światła dwóch kolejnych.  Tropieniowe: 2 tygodnie temu pojechaliśmy obczaić nową grupę trzpieniowa.  Grupa tropi raczej sportowo: trasa po śladzie, do kilkuset metrów, pies ma iść z głową przy ziemi i jednoznacznie pokazywać, że pracuje, odłożenie (czyli czas pomiędzy zostawieniam śladu i tropieniem max 4 godziny.  Myy robimy zwykle trasy 1,5 - 2 km, nie musi być dokładnie po śladzie, pozwalamy skracać, jeśli poes wie, co robi, bo w warunkach poszukiwań nie znamy trasy, wiemy tylko to, co mówi nam pies.  A odłożenie? U nas bywa i doba, a da się iść po jeszcze starszym śladzie. Ostatnio było 17h.  Mimo wszystko ćwiczenie z innym instruktoram zawsze daje co...

O tym co ja właściwie robię na VUB

Obraz
W sumie nie sądzę, że kogokolwiek to obchodzi, ale na wszelki wypadek, gdyby jednak tak, napiszę  kilka słów o tym jak się bawię w tej pracy.  Czasy kiedy dostawałam udko z myszy do obrazowania biegnącej tam tętniczki już minęły. Tu, w Belgii mikroskopii używają głównie do pyknięcia jednego czy dwóch obrazków raz a jakiś czas, ale w ani jednym labie nie gra ona pierwszych skrzypiec. To z resztą mocno utrudniło mi znalezienie fajnej pracy. W końcu trafiłam w miejsce, gdzie pół na pół wykorzystywane są rzeczy, które już umiem zrobić i uczę się nowych.   To, co obrazowałam w czasie doktoratu, czyli spajającą komórki i nadającą tkankom wytrzymałość macierz zewnątrzkomórkową, teraz niszczę już na pierwszym etapie eksperymentu, bo interesują mnie tylko i wyłącznie  komórki. W szczególności -  komórki układu odpornościowego. Luzem. Każda osobno, za to tak ze 400.000 na próbkę, 5.600.000 na eksperyment, żeby dostać jakiś istotny statystycznie wynik. Oczywiście nie ogląd...

Goście

Nareszcie doczekaliśmy się odwiedzin. Przyjechał Bartek, jeden z moich dwóch najlepszych kumpli na studiach z żoną - Mają, córką - Igą i synem - Maksem. Spędziliśmy z naszymi gośćmi super 10 dni, psy miały socjalizację a my kogoś fajnego do pogadania. Mamy nadzieję, że goście tez byli zadowoleni. Ale może zacznę od początku. Z wyjazdu wakacyjnego urwaliśmy się ciut przed czasem, bo zaczęłam czuć, że coś mnie dopadło, a wizja przejazdu gdyby rozłożyło mnie na dobre nie była fajna. Dlatego zamiast w niedzielę po śniadaniu, z Białokoszy wyjechaliśmy w sobotę po obiedzie.    Wydawało się, żle dojazd powinien być ok, zaplanowany na 2 w nocy, więc w zasadzie tylko na późny wieczór, ale w drodze obydwoje czuliśmy się źle. Nie chorzy, tylko koszmarnie zmęczeni. Chyba dały znać o sobie wszystkie te dni  treningów i nieregularne spanie. Kiedy poczułam, że zaraz zasnę za kierownicą, zjechałam na parking. Joshua też nie był w formie na dalszą jazdę, więc zrobiliśmy sobie 2 h przerwy ...

Wakacyjne wspomnienia.

Obraz
Obóz nazywał się "Baw się i wypoczywaj z psem". Ale tropienia zaczynały się przeważnie o 6 rano. ;)  Wyjeżdżaliśmy z psami z ośrodka, prędzej czy później ładując się w jakieś piaszczyste drogi. Trasy robiliśmy krótsze niż zwykle ale trudne, a praca instruktora była trochę inna niż ta, do której przywykliśmy. Przejazd na miejsce tropienia. Jedna z lokalizacji tropieniowych Pierwszego dnia psy były oszołomione... lasem. Nic w sumie dziwnego: belgijskie lasy są maciupkie, w większości prywatne i jest w nich znacznie mniej dzikich zwierząt. (O ochronę polskich kopytnych postanowiła zadbać Moyra, która najpierw odpoczywała, wytarzała się, a później wysikała niedaleko ambony myśliwskiej w idealnej linii strzału. Przez chwilę roślinożercy będą pewnie tego miejsca unikać). Tropy wiodły na przełaj pomiędzy niczym szczególnym, z rzadka drogami czy nieużywanymi torami kolejowymi. No, ogólnie nie było jakoś super łatwo. Moyra była w ogóle trochę jakby bez motywacji, a może duża grupa pod...

Vakantie!

Obraz
 Udało się. Ale po kolei.  Na wakacje zaplanowaliśmy sobie obóz "Baw się i pracuj z psem" w Psiej Akademii. Niestety moje eksperymenty nie poszły tak jak myślałam i wciąż jestem w ich trakcie, a obecność myszy z nowotworami w klatkach, kiedy te nowotwory trzeba później zbadać, trochę koliduje z planami wakacyjnymi. Josh miał wyjechać w czwartek, a ja, jeśli dam radę, miałam dojechać pociągiem do Poznania z Moyrakiem. Szczerze mówiąc nie wyglądało jakbym miała dać radę, byłam przekonana, ze eksperymenty pociągną się do przynajmniej 2/3 obozu, ale po konsultacjach (wcale nie nastawionych na jak najwcześniejsze zakończenie), postanowiłam przeprocesować wszystkie guzy tego samego dnia, a nie po jednym, w miarę wzrostu, jak ostatnio. Co prawda rozrzut wielkości był spory, jeden guz prawie w ogóle nie chciał rosnąć, miał zaledwie 350 mm3, ale inna mysz była już na granicy dopuszczalnej objętości (1500 mm3), a kolejnych 5 bardzo blisko. Po przekroczeniu maksymalnego rozmiaru trzeba ...

Wczoraj była niedziela, a w niedzielę się pracuje.

Obraz
 Znaczy niedziela to dzień pracy dla czterołapych osobników, którzy przez cały tydzień pracują na okrągło: jak nie hovawarcą (czyli pilnują domu i ogrodu), to pracują nosami.  W tę niedzielę była nasza kolej na organizowanie treningu. Niestety wszystkich jest nas zaledwie 4 pary (pies i człowiek), i nie mamy ekstra runnerów. To utrudnia działanie, ale i tak do 13 każde z nas robi te 2 trasy, a więcej tras się już nie da. Nawet po stosunkowo niedługich tropieniach psy są zmęczone. Nic dziwnego, skoro węszenie męczy je dużo bardziej, niż bieg.  Ubieranie szeleczek przed startem Tak czy inaczej, w sobotę Joshua pojechał sprawdzić cztery potencjalne miejsca na trening. Miejsca wynajdujemy na mapie metodą "tu jest coś zielonego, może będzie fajnie". Później jest analiza ścieżek na maps.me, okolicy na google street view, parkingów (żeby były blisko potencjalnych tras i nie w pełnym słońcu) a później i tak trzeba jechać i sprawdzić, żeby teren nie okazał się prywatny albo z jaki...

Nieuwe bank - czyli nowa...sofa.

Obraz
Zaraz po przyjeździe kupiliśmy po taniości sofę z gigantyczną obniżką ceny. Początki w nowym miejscu są trudne, na wszystko po kolei idzie mnóstwo kasy, nie chcieliśmy szaleć. No i w sumie, to nic tej sofie nie mamy do zarzucenia, ale kiedy przeprowadziliśmy się do domu z trzema sypialniami, pomyśleliśmy, że z trzeciej zrobimy gabinet, ale można by tam kiedyś również wnieść  tę sofę na wypadek większej liczby gości (nie, żebyście wszyscy jakoś strasznie chcieli nas odwiedzać 😏). I teraz nadarzyła się... motywacja. Za kilka tygodni będziemy mieć większe odwiedziny. Tydzień temu ruszyliśmy się po sklepach i udało nam się znaleźć coś co usatysfakcjonowało nas obydwojga. A nie jest to proste, kiedy jedno chce miękką, drugie twardą, jedno wygodną na długie siedzenie, drugie przy tym nie za dużą i zgrabną, a i wygoda jest definiowana przez każde z nas inaczej. Ale udało się. IKEA miała coś dla nas. Tylko jeszcze trzeba tę sofę dostarczyć. Spodziewałam się naiwnie, że na terenie Zaventem...